O konfliktach w związkach? Czy wiesz po co się kłócisz?

O konfliktach w związkach? Czy wiesz po co się kłócisz?

Zamiast czytać ten wpis możesz go posłuchać na YouTube Tutaj

Znam pewną parę, która jest dość kłótliwa. Konflikty wybuchają między nimi codziennie albo prawie każdego dnia. Kłócą się najczęściej o te same rzeczy, a ja mam okazję obserwowania ich z boku.

Gdy pewnego razu zapytałam: czy wy w ogóle wiecie, o co najczęściej się kłócicie i jak przebiegają wasze konflikty? Spojrzeli na mnie, jak na kosmitkę i mieli miny, jakby nie zrozumieli ani słowa. Byli w szoku. A gdy z niego wyszli i tak nie potrafili odpowiedzieć składnie na moje pytania.

A ty, czy umiał/a byś stwierdzić, o co najczęściej kłócisz się z partnerem/partnerką? I czy te powody nie są tylko pretekstem do odreagowania lub wzięcia od drugiej osoby jej uwagi lub energii/

Czy wiesz, jak przebiega wasz konflikt? Jakie są punkty zapalne? W jaki sposób eskalujecie emocje i tą rozbieżność, jaką między sobą macie?

Niewiele znam osób, które są na tyle świadome, że mogłyby odpowiedzieć na te pytania.

Co to oznacza?

Że jeżeli nie mamy informacji o tym, co robimy, jak robimy i po co, to możliwe, że powtarzamy wciąż te same błędy. Nie sądzisz?

W rezultacie możemy coraz bardziej się frustrować, czuć bezradność i niechęć do partnera.

Jest dużo różnych koncepcji na to, jak prowadzić terapię i powstało dużo szkół psychoterapii, ale każda z nich zakłada, że pacjent, czy też klient pracuje nad zwiększeniem świadomości siebie, swoich uczuć, reakcji, swoich nieświadomych motywów.

Jeżeli chodzi o pomoc parom, właściwie chodzi o to samo: o więcej świadomości obu osób, co do ich motywów postępowania, oraz o wiedzę na temat tego, jak osoby te współtworzą związek, a także co mogą zmienić, żeby poprawić sytuacje między nimi.

Z moich obserwacji wynika, że wielu ludzi nie jest zainteresowanych większą świadomością. Chcą oni przeważnie po prostu spotkać kogoś, kto zrobi coś za nich. Kogoś, kto będzie zaspokajał ich potrzeby i zrobi to odpowiednio. Nie mam nic przeciwko oczekiwaniu, żeby w związku ludzie zaspokajali nawzajem swoje potrzeby. Jak mówiłam w 1 odcinku tego cyklu, zawieramy związek właśnie w tym celu. Ale jestem przeciwna lenistwu, jakie ogarnia wielu ludzi.

Lenistwo to, to właśnie oczekiwanie, że wystarczy znaleźć odpowiednią osobę do związku i wszystko ułoży się samo.

Związek może być doskonałym poligonem do wzrastania, do uczenia się, do obserwowania siebie. Ale może też być obszarem, w którym nic z tych rzeczy się nie dzieje.

Nie mówię, że w takiej relacji jest nudno. O nie. Może się tam dziać bardzo dużo. Wiele emocji, jazd uczuciowych z góry na dół i w odwrotnym kierunku, z których nic nie wynika nowego. Ale przynajmniej można poprzeżywać, odreagować, nakarmić się uwagą…

Mam więc dla ciebie pytanie: Jak traktujesz swój związek? Czy jako wyzwanie, czyli okazję do rozwoju, lepszego rozumienia siebie i innych?

Czy twój związek jest dla ciebie ciekawy, bo popycha cię do rozwoju, do stawania się kimś lepszym?

Czy też po prostu chcesz mieć święty spokój, nie chcesz żadnych konfliktów, a jedynym twoim pragnieniem jest, żeby partner robił to, czego ty potrzebujesz?

Kłótnie i konflikty w związku są czymś normalnym i są praktycznie nie do uniknięcia. Wynikają przecież z różnic, jakie są pomiędzy ludźmi. Jak możemy oczekiwać, że tych różnic nie będzie lub ignorować ich istnienie. Po prostu się nie da.

Dużo lepiej jest zaakceptować tą rzeczywistość i nauczyć się wyciągać z niej jak najwięcej.

Synonimem słowa konflikt jest słowo rozłam i myślę, że niesie ono w sobie sedno niechęci różnych osób do zaakceptowania konfliktów. Tworząc związek pragniemy żyć w jedności. Różnice – tą jedność burzą. Co wtedy?

Zwykle staramy się szybko coś zrobić, żeby ten rozłam zniwelować. Dążymy do tego, aby przekonać drugą osobę do swojej racji lub do swojego sposobu na życie. Ale co zrobić, jak np. jedna osoba jest tzw. sową a druga skowronkiem? Czy da się przekonać kogoś , kto nie znosi rano wstawać, żeby o świcie zaczynał wspólnie z nami dzień? Albo człowieka, który o godzinie 21.00 pada już ze zmęczenia, by pooglądał z nami jeszcze 2 godzinny film? No raczej jest to mało realne.

Z taką odmiennością trzeba nauczyć się żyć. To znaczy, w każdym związku warto wypracowywać rozwiązania, które uwzględniają interesy obu stron, ale można też skorzystać z różnicy, jaka jest między partnerami i nauczyć się czegoś od drugiej strony.

Np. jedna osoba jest bardziej zadaniowa, ale przez to jest często napięta i nie umie się relaksować. Podczas gdy druga – ma co prawda trudność w sprawnym wykonywaniu swoich zamierzeń, ale łatwo umie odpuszczać i nie ulega szybko stresowi. Każda z tych osób ma swoje zasoby, których może nauczyć drugą stronę. Ale jeżeli skupimy się tylko na swoich oczekiwaniach, to będziemy drugiego człowieka widzieć jedynie pejoratywnie, jako kogoś, kto robi nam na złość i nas frustruje.

Mówiąc o tym, że związek można traktować jako okazję do rozwoju miałam m. in to na myśli. Możemy się od siebie nawzajem uczyć. Stawiać sobie wyzwania i korzystać z wzorca, jakim jest dla nas nasz partner.

Ale jest jeszcze jedna ważna kwestia łącząca temat związków, antagonizmów i rozwoju.

Jeśli nie możemy zmienić partnera, a to chyba każdy już wie, przynajmniej w teorii, to podejmujemy wyzwanie kochania go takiego, jakim jest. I to jest naprawdę trudna sprawa. I to jest coś, co nazwałabym rozwojem duchowym.

Nie mam tu na myśli żadnej religii, choć wiele z nich wzywa do miłości bliźniego. Chodzi mi o przeżywanie, doświadczanie i odkrywanie, czym jest prawdziwa miłość. To właśnie można zrobić, jedynie będąc w związku.

Czasami bardzo się złoszczę na mojego partnera, gdy doświadczam jego inności. Próbuję z nim rozmawiać, komunikować swoje potrzeby, negocjować rozwiązania, żeby zbudować między nami jedność. Ale i tak w końcu dochodzę do momentu, w którym uzmysławiam sobie, iż moje starania i próby powodują jedynie to, że on zrobi coś dla mnie, z miłości do mnie, ale nie zmieni się w kogoś, kim nie jest. To trudny moment, ale jakże rozwojowy. Uświadamiam sobie wtedy, że nie pozostaje mi nic innego, jak przyjąć go takim, jaki jest, bo przecież takiego go kocham. Moje szarpanie się i walka nie mają większego sensu a jedynie trzymają mnie w pułapce własnych oczekiwań.

Nie oznacza to, że należy rezygnować z próśb o zaspokojenie naszych potrzeb, czy nawet z twardych negocjacji, żeby polepszać komfort swojego życia. Chodzi o to, że na poziomie duchowym ważne jest przyjmowanie i miłość, a na poziomie psychologicznym – zaspokojenie potrzeb. Oba aspekty się liczą i w obu można się rozwijać. Czasami potrzebne jest nauczenie się siebie, poznanie swoich pragnień, kontrolowanie reakcji. Czasami musimy pozyskać wiedzę, co do sposobów komunikowania się z innymi, czy negocjacji własnych interesów. Ale wyzwaniem jest dla nas również nauka miłości siebie i drugiego człowieka.

Kiedy ostatnio zrobiłaś/łeś coś dla drugiej osoby z czystej miłości, wiedząc, że uszczęśliwisz tym partnera?

Co robisz, żeby okazywać sobie miłość?

Jaką inność partnera potrzebujesz przyjąć, żeby rozwijać ten związek i siebie w sferze duchowej?

Czego potrzebujesz się nauczyć, żeby lepiej komunikować siebie i negocjować to, czego pragniesz?

I na tym zakończę dzisiejszy odcinek. Jest on jedynie liźnięciem ogromnej wiedzy, jaką warto posiąść na temat konfliktów w związkach.

Wybierasz związek nastawiony na konsumpcję czy związek głębszych wartości?

Wybierasz związek nastawiony na konsumpcję czy związek głębszych wartości?

Zamiast czytać ten wpis możesz go odsłuchać na YouTube Tutaj

Obecny świat bardzo pędzi. To wydaje się już wytarty slogan, ale czy na pewno? Ile czasu poświęcasz nad zastanawianiem się czy to, jak żyjesz jest dla ciebie dobre? I czy odpowiednio korzystasz z wpływu, jaki masz na swoje życie?

Większość ludzi podchodzi do życia prosto. Zauważają jedynie dwa stany emocjonalne: dobre lub złe samopoczucie. Nie lubią za bardzo wnikać w szczegóły na temat tego, co właściwie przeżywają i dlaczego. Nie widzą w tym sensu? Może szkoda im czasu? Ale czy to nie oznacza, że żyją w jakiś sposób jednak automatycznie i że są nastawieni konsumpcyjnie?

To trochę tak, jakbyśmy włączyli telewizor i oglądali program jak leci, bo szkoda nam czasu na analizę co warto oglądać i kiedy. Lepiej jest bezrefleksyjnie poddać się prądowi życia, niż tracić czas na analizę?

To podejście nazywam konsumpcyjnym, czyli nastawionym na to, że świat da ci to, co chcesz, a ty nawet nie poświęcisz chwili, na zastanowienie się, czy naprawdę tego chcesz. Po prostu łykasz, co ci dają albo przerzucasz uwagę na inne rzeczy, jakbyś skakał/a po kanałach w telewizorze. To, co się dzieje wokół ciebie musi więc być bardzo atrakcyjne, żebyś zechciał/a poświęcić mu swoją uwagę. Jak jest zbyt nudny, niezajmujący, po prostu zmieniasz kanał. Oczywiście może trafisz przypadkiem na coś, co cię rzeczywiście zaciekawi, ale równie dobrze stracisz wiele czasu na te poszukiwania. To jest dość łatwa aktywność, niewymagająca, bezrefleksyjna.

To samo tyczy się związków. Coraz bardziej, coraz częściej podchodzimy do nich jak do supermarketu. Ja klient oczekuję, że w sklepie będzie wszystko, co chcę, zawsze dostępne i to z miłą obsługą. I nawet na początku związku mogę mieć taką iluzję, że rzeczywiście tak się dzieje. Jednak dość szybko przychodzi rozczarowanie, bo nagle okazuje się, że obie osoby są klientami, a nie ma sprzedawców czy usługodawców. Związek się rozpada, ale osoby niczego się nie uczą. Bo jak można się czegoś nauczyć, jak człowiek unika refleksji? Łatwiej jest zrzucić odpowiedzialność na drugą osobę, stwierdzić: „on/a nie była odpowiednia, bo był/a….” tu wstaw dowolny zestaw złych cech.

Tylko to niczego nie zmieni. I nic ci nie da. Zmiana może wyniknąć jedynie z tego, że zatrzymasz się nad sobą i zastanowisz nad własną odpowiedzialnością, nad tym co ty możesz zmienić.

Specjalnie używam tu słowa odpowiedzialność, a nie wina. Choć zwykle mamy skłonność szafować bardziej tym słowem w stosunku do siebie albo jeszcze lepiej do innych. „Wina” oznacza, że jest się złym człowiekiem, że źle się robi, bo jest się ułomnym. To może jedynie przytłoczyć. Jeżeli tą winę bierzemy na siebie, to jest nam źle. W związku z tym lepiej zrzucić ją na kogoś i tak odsunąć to nieprzyjemne uczucie od siebie.

Natomiast „odpowiedzialność” to słowo mocy. Pokazuje, że coś od ciebie zależy. Możesz oczywiście jeść zupę widelcem, to twoja odpowiedzialność, ale czy jest to sensowne? Raczej mało. To może zatrzymaj się i zastanów nad sobą, czy to co robisz przynosi ci dobre rezultaty. To jest ta moc. Tylko na siebie masz wpływ, więc zmiana zależy od ciebie.

Związki tworzymy dokładnie takie, jakimi jesteśmy ludźmi. Jeżeli żyjemy szybko, bez refleksji to i nasze związki są dość płytkie i mechaniczne. Jeżeli to nam odpowiada to ok, ale nie zwalajmy wtedy na innych, że są …nie tacy, jak byśmy chcieli, że to ich wina, że nie wyszło. Twoje życie jest w twoich rękach. Czy te ręce są dobrze przygotowane? Nie, nie uczyłeś się tego, jak być szczęśliwym, jak w zdrowy sposób dbać o siebie i innych. Te ręce muszą się dopiero uczyć i uczą się całe życie. Więc albo coś zmieniają albo powtarzają wciąż te same błędy.

Jak wygląda obecnie twój związek? Czy masz odwagę się nad tym zastanowić? Czy jesteś na tyle uczciwa/uczciwy, że jesteś w stanie przyjrzeć się swojej odpowiedzialności?

To, co oferuję nie jest dla wszystkich. Nie jestem łatwą rozrywką, ani prostym poradnikiem. Daję ci szansę na rozwój, ale rozwój jest wymagający. Wymaga poświęcenia czasu, wymaga odwagi do przyglądania się sobie. Ale też naprawdę dużo oferuje. Przed wszystkim: Świadomość i moc. Moc zmieniania, moc decydowania o sobie, moc bycia sobą.

Jeżeli jesteś kimś, z kim nie chciałabyś/ nie chciałbyś spędzić tych 15 min na głębszą refleksję, to kto będzie chciał być z taką osobą? Oczywiście ktoś podobny.

więc jeśli chcesz popracować trochę nad sobą to teraz zatrzymaj się i zapisz/nagraj swoje odpowiedzi na następujące pytania:

Czego oczekujesz od swojego partnera? Postaraj się podać jak najbardziej konkretne odpowiedzi. Żeby co ta osoba robiła/ nie robiła i jak często? Zawsze wtedy, kiedy chcesz, czy kiedy ona ma na to ochotę? Jak reagujesz, jeżeli nie dostajesz tego, czego chcesz? Wkurzasz się, obrażasz, szantażujesz?

Teraz kolej na ciebie: Jakim partnerem jesteś? Jakie oczekiwania spełniasz i jak często? Zapisz konkrety, to naprawdę ważne.

Jak twój partner reaguje na twoją odmowę?

Czy i kiedy odmawiasz?

W jakich sytuacjach nie odmawiasz i dlaczego?

Jak skończysz puść nagranie dalej.

Jeżeli porównasz te odpowiedzi, to jakie masz wnioski? Jeżeli wrócilibyśmy do przykładu z supermarketem to: Czy jesteś sprzedawcą/usługodawcą czy też klientem twojego związku? Czy może trochę jednym trochę drugim?

Ile czasu poświęcacie z partnerem na zastanowienie się, jak wam jest w waszej relacji i co można jeszcze poprawić?

Ile czasu poświęcacie na rozmawiania o sobie, swoich uczuciach, potrzebach względem siebie? O swoich rozczarowaniach, czy frustracjach?

Jak rozwiązujecie konflikty? Rozmawiacie i wysłuchujecie swoich potrzeb, czy kłócicie się kto ma rację albo kto jest winny?

Co jest tak naprawdę gruntem, na którym budujecie swój związek?

Jakie wartości wspólnie wyznajecie, jakimi się wspólnie kierujecie?

To są wszystko bardzo ważne pytania. Wymagają zastanowienia się i konfrontują. Zatrzymaj się nad nimi i naprawdę odpowiedz sobie na nie.

Jeśli chcesz zmiany, musisz skonfrontować się z tym, jak jest. Nie możesz trzymać się swojego wyobrażenia, swoich pretensji, win, oczekiwań itp. Potrzebujesz zatrzymać się i uświadomić sobie czego chcesz i co robisz, żeby to osiągnąć. Jeżeli twoje metody nie są skuteczne, to potrzebujesz je zmienić, nauczyć się czegoś nowego. Może nowe będzie właśnie…, że się zatrzymasz i bez obwiniania kogokolwiek zobaczysz siebie. To znaczy kogo? Zapytasz.

Jesteś osobą, która na wszystkie sytuacje życiowe, na zmiany, na zaburzenia równowagi – reaguje emocjami. Emocje niosą ważne informacje. Są też energią, do wykorzystania w działaniu. Albo reagujesz automatycznie i odreagowujesz emocje niszcząc przy tym swój związek, albo świadomie wybierasz swoje zachowanie, biorą za to odpowiedzialność.

Wiem, że jest to trudne. Łatwiej jest żyć automatycznie i mieć pretensje do innych. Ale może to jest właśnie ten czas, w którym odważysz się coś zmienić, zawalczyć o siebie.

Ja ci kibicuję. Wierzę, że ludzie teraz się budzą i chcą żyć bardziej świadomie. Może jesteś jedną z tych osób i dlatego tego słuchasz. Może czujesz, że chcesz czegoś więcej od życia niż prostej konsumpcji polegającej na bieganiu po sklepach, kupowania kolejnych niepotrzebnych „must have” sezonu, oglądaniu mainstrinowej telewizji, zapracowywaniu się, traktowaniu innych, jakby byli od tego, żeby cię karmić na każde zawołanie.

Zapraszam cię do grona osób, które otwierają się na głębsze wartości, na głębszą prawdę i które nie boją się odpowiedzialności za siebie, bo nie mylą jej z winą. Osób, które z ciekawością przyglądają się sobie, światu innym ludziom.

I już na zakończenie. Jeżeli interesuje cię to, co tu przedstawiłam, zaskrybuj mój kanał na Youtube, żeby dostawać kolejne odcinki tego cyklu. Możesz pod filmem proponować interesujące cię tematy lub zostawiać komentarze. Oczywiście zapraszam cię też na warsztat “Dobra komunikacja – kluczem do szczęścia w związku”

Po co nam związki? I co zrobić, by poczuć się w nich szczęśliwiej?

Po co nam związki? I co zrobić, by poczuć się w nich szczęśliwiej?

Temat ten jest ważny, bo dotyczy pewnie większości z nas i wydaje się trudny i łatwy zarazem. Na pytanie: Po co nam związki? -jest właściwie dość prosta odpowiedź. Żeby łatwiej zaspokajać swoje potrzeby.

Żaden człowiek nie jest samowystarczalny i potrzebuje innych osób, innych stworzeń do życia.

Przychodzimy na świat jako bezbronne niemowlęta potrzebujące opieki, potrzebujące kogoś, kto zaspokoi wszystkie nasze potrzeby: zadba o jedzenie, o to, żeby było nam wygodnie, ciepło.

Z czasem, dorastamy i zaczynami przejmować tą odpowiedzialność za siebie. Na pewno widziałaś/widziałeś jak cieszy się dziecko, jak może samodzielnie zjeść lub samodzielnie przemieścić się i nie potrzebuje do tego innych osób. Jaka to radość, że coś zależy ode mnie, że mogę o sobie zdecydować. To jest doświadczenie własnej MOCY. Dzieci naturalnie prą do samodzielności, bo jako ludzie lubimy mieć wpływ na siebie i swoje życie. Ta moc daje im większe możliwości do tego, żeby zadbać o siebie. Nie inaczej dzieje się w dorosłości. Lubimy swoją niezależność, chcemy mieć wpływ, żeby zaspokoić swoje potrzeby i dobrze się dzięki temu czuć.

Jednak nie wszystkie potrzeby jesteśmy w stanie zaspokoić samodzielnie, więc potrzebujemy do tego pomocy innych osób. Najlepszą i najprostszą strategią, która nam w tym pomaga są właśnie związki.

Oczywiście związki są różne: romantyczne, przyjacielskie, rodzinne, rodzicielskie. Niemniej jednak w każdy z nich wchodzimy z nadzieją, że druga osoba mając z nami więź, nie odmówi nam zaspokojenia naszych potrzeb. Oczywiście my również bierzemy na siebie to zobowiązanie. Więź powstaje z wielu wymian pomiędzy osobami, czy istotami (bo mam tu na myśli również zwierzęta). Jeśli dajemy i bierzemy w jakiejś relacji, to zazwyczaj, po jakimś czasie, stworzymy z tą osobą taka „karmiącą” więź.

A jak już mamy więź i doświadczenie wielu wymian z drugą osobą, to będziemy oczekiwać, że jak tego kogoś o coś poprosimy, to on nam TO da. I właściwie nie zależy to od tego, kto to jest: parter, przyjaciel, rodzic, dziecko czy zwierzak. Potrzebujemy, więc zwracamy się do tego drugiego i oczekujemy pozytywnej odpowiedzi.

I tu pojawia się pierwsze pytanie? Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy zapytać, czy osoba, którą o coś prosisz, spełnia twoja prośbę z radością? Czy sprawi jej przyjemność to, że wypełni twoja prośbę?

Może zdziwiło cię moje pytanie? Nigdy o tym, w taki sposób, nie myślałaś/myślałeś?

Czy prosząc innych o coś, nie oczekujemy, że nam dadzą i nawet nie zastanawiamy się, czy sprawi im to radość?

Przecież „dawanie” powinno cieszyć, inaczej nie jest dawaniem tylko poświęcaniem się, rezygnowaniem z siebie.

Pewnie jednak wszyscy mamy doświadczenie, że nie każde spełnienie czyjeś prośby rzeczywiście jest dla nas przyjemne. Ale dlaczego tak się dzieje?

Czasem robimy coś wbrew swojej woli, lub nie mając na to w tym momencie ochoty. Czy jesteśmy w tym momencie świadomi, co jednak sprawia, że to mimo wszystko robimy?

A ty kiedy ostatnio zrobiłaś/zrobiłeś coś dla kogoś, gdy cię o to poprosił, zrobiłaś/zrobiłeś to z radością? I czy sprawdziłaś/sprawdziłeś, czy masz ochotę na ofiarowanie drugiej osobie, tego, czego od ciebie chciała?

Czy w ogóle zadajesz sobie takie pytanie, zanim się zgodzisz?

Proponuję zatrzymaj się w tym momencie, weź kartkę, coś do pisania i zapisz swoją odpowiedź lub nagraj ją na dyktafonie. Może to być bardzo ważna refleksja na dzisiaj dla ciebie.

Powtórzę to pytanie: Czy sprawiło ci radość kiedy ostatnio zrobiłaś/zrobiłeś coś dla kogoś, gdy cię o to poprosił?

Czy spytałaś/spytałeś siebie czy masz ochotę, właśnie teraz, na zrobienie tego czegoś, dla tej osoby zanim wyraziłaś/wyraziłeś zgodę?

Co spowodowało, że się zgodziłaś/zgodziłeś?

Kolejne ważna pytanie: czy chcesz, żeby inni zaspokajali twoje potrzeby, ciesząc się tą możliwości ofiarowania ci tego, co potrzebujesz, czy też nie ma to dla ciebie znaczenia, bo najważniejszy jest efekt?

Żyjąc z kimś pod jednym dachem często oczekujemy zaspokajania naszych potrzeb przez partnera, nie prosząc go o to wcale. Po prostu, wymiana między partnerami wynika z przyzwyczajenia, podziału obowiązków czy pewnych powinności, które oboje względem siebie mają. Jeżeli nie żyjemy świadomie, to znaczy, że żyjemy automatycznie. Jak wtedy możemy doceniać to, co dostajemy od innych albo to, co dajemy drugiemu?

Raczej nie jest to możliwe.

Odbieramy więc sobie cos ważnego, co może pomagać nam doświadczać zadowolenia na co dzień.

Nie dziwmy się więc, że wspólne życie może nas bardzo frustrować.

Jeżeli nie zwracamy uwagi na to, co jest darem dla drugiej osoby lub od niej dla nas, tylko żyjemy powinnościami, obowiązkami, to powoli gorzkniejemy, popadamy w żądania i ich spełnianie i coraz bardziej tracimy miłość, szacunek do siebie i zadowolenie ze wspólnego życia…

Proponuję ci wyjście z tego koła, jeżeli w nie wpadłaś/wpadłeś.

Zacznij od tego, żeby sobie uświadomić:

Co wnosisz do twojego związku, rodziny na co dzień?

Co możesz docenić, z czego poczuć dumę z siebie, że pomagasz innym zaspokajać ich potrzeby?

Karmisz ich? Dbasz o to, by mieli co ubrać i by mieli czysto?

A może dajesz im swoja obecność, zapewniasz bezpieczeństwo finansowe?

Wysłuchujesz ich, pocieszasz, dajesz wsparcie? Dowartościowujesz ich okazując swoją wdzięczność za to co robią?

Okazujesz miłość, dajesz poczucie przynależności? A może jeszcze coś, czego nie wymieniłam?

Spisz teraz wszystko to, co dajesz swojemu związkowi, swojej rodzinie. I nie biegnij od razu z ta listą do partnera. Doceń to sam/sama i bądź z siebie dumna/dumny. Odrzuć wszelkie myśli krytyczne, które mogłyby ci w tym przeszkodzić i powodowałyby umniejszenie twoich zasług. Doceń to, jak dużo robisz dla innych a skoro tak się dzieje, to chyba masz ku temu powody. To dlaczego nie miałabyś/ nie miałbyś ucieszyć się z tego i robić te rzeczy z radością?

To jest twoja decyzja, to jest twój wybór. Tak wybierasz, bo masz ta moc. Uciesz się z tego i naprawdę to doceń.

A jeżeli przychodzi ci to z trudnością – to co mogło by ci w tym pomóc? Jakiej zmiany w swoim sposobie myślenie potrzebowałabyś/ potrzebowałbyś? Spisz swoje myśli teraz lub nagraj je na dyktafonie.

I tak już na zakończenie, zrobię małe podsumowanie:

Po co nam związki? Żebyśmy mogli liczyć na innych, że pomogą nam zaspokajać nasze potrzeby. Pomogą to magiczne słowo, bo oni nie są od tego. O tym powiem w kolejnym odcinku.

To w związkach czujemy, że jesteśmy kochani i kochamy, że przynależymy do kogoś i mamy korzenie, że nie jesteśmy sami, tylko jesteśmy częścią jakiejś większej wspólnoty.

Związki dają oparcie i poczucie bezpieczeństwa, że mamy na kogo liczyć nie tylko w trudnych momentach życia.

W bliskich związkach możemy dostać wysłuchanie, zrozumienie, wsparcie i dowartościowanie. Możemy dzielić się sobą i wymieniać emocjonalnie. Możemy realizować jeszcze wiele innych potrzeb, których tu nie wymieniłam.

Tylko czy wszystkie te potrzeby musimy realizować jedynie w partnerstwie, małżeństwie czy rodzinie?

Jakie to może mieć skutki, jeżeli będziemy mieć takie oczekiwania i próbować je w ten sposób zrealizować?

O tym będzie w następnym wpisie. Możesz też odsłuchać tego na Youtube w moim cyklu Poniedziałkowy kwadrans na refleksje o związkach.

Zapraszam cię do dzielenia się tam swoimi refleksjami, do zadawania mi pytań czy proponowania kolejnych tematów. Jeżeli chcesz skorzystać z mojego profesjonalnego wsparcia to zapraszam do kontaktu beata.kilian@onet.pl.

Zachęcam Cię również do wzięcia udziału w moich warsztatach online “Dobra komunikacja- kluczem do szczęścia w związku”.

Są one tak pomyślane, żeby wspierać w przekraczaniu własnych trudności i poprawianiu komfortu z życia z innymi.

Z intuicją przez życie – powrót do wewnętrznego domu

Z intuicją przez życie – powrót do wewnętrznego domu

„Potrzeba wysłuchania jest jedną z ważniejszych potrzeb człowieka.”

Kiedyś byłam na spotkaniu z nauczycielem duchowym, pewnym księdzem i usłyszałam właśnie to zdanie. Była to wówczas jedna z ważniejszych rzeczy w moim życiu, które poruszyły mną do głębi. Zrozumiałam, czego brakowało mi w moim dzieciństwie i za czym tęskniłam w życiu dorosłym.

Każde dziecko pragnie być wysłuchane, bo pragnie być zobaczone i przyjęte takim, jakim jest. I na tym właśnie polega bezwarunkowa miłość.

Niestety często ma się doświadczenia podobne do moich, że to nikogo nie obchodzi, kim i jaki jesteś, ponieważ otoczenie nastawione jest na to, żeby przerobić cię na kogoś, kim masz się stać. Oczywiście dla swojego dobra. Bo jak inaczej poradzisz sobie w społeczeństwie?

Tamten moment uświadomienia sobie mojego wielkiego deficytu, był jednym z przełomów mojego życia. Słuchanie stanęło w centrum mojego zainteresowania. Zaczęłam słuchać. Najpierw swoich myśli. Ale to był jakiś koszmar. Było ich tyle i tworzyły straszne napięcie. Nie do wytrzymania. Potem zrozumiałam, że uciekam od nich w różne działania. Żeby ich nie słyszeć. Żeby nie czuć się tak źle.

Postanowiłam, że może w takim razie zacznę słuchać innych. Oczywiście w dzieciństwie przeszłam trening słuchania innych i podporządkowywania się im. Nie musiałam więc przecież tego postanawiać. Po prostu to było łatwiejsze.

Ale słuchanie innych, to znaczy kogo? Przecież oni mówią różne rzeczy, przeważnie takie, jakie im pasują. Oceniali mnie przez pryzmat swoich potrzeb. Jestem zła, jak nie spełniam ich oczekiwań a dobra, ja im służę. Więc nie była to właściwa droga i wiedziałam to dokładnie.

Jak w takim razie słuchać siebie? I właściwie CZEGO słuchać w sobie?

Tak, to było trudne pytanie. I przeszłam długą drogę, żeby odkryć KOGO tak naprawdę mam słuchać.

Nauczyłam się obserwować swoje myśli i zbudowałam do nich zdrowy dystans.

„Nie jestem swoimi myślami” – stwierdziłam.

Zaczęłam wyrażać siebie nie tylko słowami, ale szukałam wciąż jakiejś formy, przez którą mogę wyciągnąć z głębi siebie coś, czego doświadczam, przeżywam i zobaczyć to w obrazie, słowie…

Ale doszłam do  wniosku, że: “Nie jestem również swoimi uczuciami.” One są ważne, dają mi pewien wgląd. Pomagają zrozumieć siebie. Ale to wciąż za mało.

To KIM jestem i KTO chce się wyrazić?

Nie wiem.

Nadal słucham, ale już inaczej.

Wiem, że jestem kimś, kto jest nieopisywalny. Bo każdy opis pomija coś, czego w opisie nie ma a we mnie i owszem. Ja jestem procesem, więc jak można mnie zamknąć w jakimś sformułowaniu?

Mam wiele aspektów, czasem kompletnych przeciwieństw. Bywam jakaś, ale w innym momencie mogę być zupełnie inna. Dla samej siebie jestem nieopisywalna, więc ciągle muszę wracać do słuchania siebie.

Odkryłam w sobie ten delikatny głos. Głos, który mówi do mnie nie używając dźwięków ani słów. Po prostu to wiem, co chce mi powiedzieć.

Jedni nazywają go intuicją, inni – głosem Boga, który mówi do człowieka w modlitwie czy snach.

Ja mu wierzę, choć czasem tak trudno mi go usłyszeć. Przebić się przez te wszystkie myśli, lęki, złości czy inne odczucia.

Ale wciąż wracam do niego, jak do domu.

Bo on wie.

On JEST…

Jeżeli doświadczyłaś podobnych rzeczy lub rezonuje z Tobą to, co napisałam zapraszam Cię do udziału w grupie
„Z intuicją przez życie – powrót do wewnętrznego domu”

Zapisz się już dzisiaj. Pójdź za głosem tęsknoty i daj się poprowadzić.

Zajęcia odbywają się online raz w miesiącu w czwartki w godzinach 18.30-20.30 lub stacjonarnie w Zurichu we wtorki

Koszt: 80 zł (dla Polek mieszkających w kraju) / 35 CHF (dla Polonii)

Czy to źle, że związki rozczarowują?

Czy to źle, że związki rozczarowują?

Kobiety od wieków żyją w przekonaniu, że rodzina jest podstawowym źródłem szczęścia, sensu i poczucia spełnienia. Wielu udaje się ją założyć, a nawet dobrze w niej się czuć. Ale nie wszystkim i nie przez cały czas.

Dbanie o innych nie jest altruizmem. Zwykle chcemy czegoś w zamian. Skoro my dajemy, to chcemy, by inni nam oddali. Często popełniamy ten błąd, że dajemy innym to, co same chciałybyśmy dostać i oczekujemy, że to zauważą i oddadzą nam tym samym. To taka gra: „Nie powiem, bo masz się domyślić, ale Ci pokażę”.

Nie robiłam badań statystycznych na ten temat, więc nie wiem, na ile jest to skuteczne, ale z mojego doświadczenia psychoterapeuty wiele wskazuje na to, że ta gra nie działa dobrze i coś w niej jednak szwankuje.

Skąd bierze się to oczekiwanie, że inni się domyślą i dadzą to, czego potrzebujemy. Widzę 3 podstawowe źródła:

  1. Proszenie o coś, naraża na zranienie. Prosząc, odsłaniamy się, pokazujemy naszą wrażliwość i potrzebę. Gdy zostajemy zignorowani – przeżywamy ból odrzucenia.
  2. Oczekiwanie, że ktoś się domyśli, to cofanie się do dzieciństwa i próba doświadczenia korekcyjnej sytuacji, że rodzic – czyli ten, który daje, kocha nas i ma mnóstwo empatii – będzie wiedzieć, czego potrzebujemy, i właśnie to nam da.
  3. Same nie wiemy, czego potrzebujemy, bo nie przeszłyśmy treningu, który by nam pomógł to zrozumieć. A dziś nie chcemy wykonać tego wysiłku, żeby sprawdzić i spytać siebie, bo to trudne i pracochłonne. Zrzucamy to na innych, bo tak łatwiej, i wracamy do punktu 2.

Wiele poradników, coachów i innych mentorów daje nam proste rady: „Chcesz być szczęśliwa – weź sprawy w swoje ręce. Chcesz czuć się spełniona – dopuść spełnienie do siebie”. Mają rację i w uproszczony sposób przekazują to, co rzeczywiście jest rozwiązaniem. Tylko dlaczego tak trudno to wprowadzić w życie?

Żeby siebie rozumieć i poznać, człowiek musi przyjąć tezę, że jest bardziej skomplikowany niż mu się wydaje. Trzeba zacząć zauważać w sobie różne złożoności, wewnętrzne osoby / podosobowości / aspekty. Jedną z nich jest tzw. Dziecko Wewnętrzne (dalej DZW). Często utrudnia nam ono wprowadzenie w życie wszystkich mądrych porad i zaleceń. To część w nas, która przeżywa emocje i chce, by były one dostrzeżone i zaopiekowane. Ale kto ma to zrobić? Oczywiście nasz Wewnętrzny Rodzic. Jeżeli go nie mamy albo działa on jedynie dla dobra innych osób (kiedy komuś matkujemy), to nasze DZW będzie szukać rodzica na zewnątrz – w partnerze, zamiast dorosłego, z którym można współpracować, zacznie doszukiwać się opiekuna, który zauważy nasze potrzeby, spełni je  i nie będzie oczekiwać niczego w zamian. Większość kobiet i mężczyzn to przechodzi, ale nie wszystkim udaje się z tego wyjść. Dlatego związki nas rozczarowują, frustrują i złoszczą. Ale czy to źle? Nie sądzę. To właśnie frustracja i rozczarowanie są bodźcem do naszego wewnętrznego wzrostu. Jeżeli jednak tego nie wiemy, to zatrzymujemy się na narzekaniu, zamiast zrozumieć potencjał, jaki stoi za tą sytuacją.

A może potrzebujemy nauczyć się zauważać i rozpoznawać własne potrzeby, obserwować siebie i swoje emocje. Nauczyć się korzystać z rozczarowania i dostrzegać w tym potencjał. Nie ma prostych recept. Trzeba włożyć w to wysiłek. Chcesz porozumiewać się w innym języku – musisz się go nauczyć. Chcesz być szczęśliwa i czuć się ze sobą dobrze niezależnie od okoliczności – musisz się siebie nauczyć. To piękna przygoda.

Siła Kobiet – siła do bycia sobą

Siła Kobiet – siła do bycia sobą

Żyjemy w świecie tzw.: porządku patriarchalnego. Oznacza to, że cechy zaliczane powszechnie do tzw. „kobiecych”, jak np.: empatia, wrażliwość, emocjonalność, kierowanie się intuicją i wiele innych, są oceniane jako gorsze i mniej cenione. Siła, którą ceni obecny świat, polega na tym, że nie zwraca się uwagi na emocjonalne i ludzkie koszty wytwarzania towarów, a jedynie na- koszty finansowe. Cała gospodarka opiera się na taniej sile roboczej, o którą nikt się nie troszczy, bo empatia nie jest w cenie. Kraje silne wyzyskują kraje słabe, rosnąc w siłę jeszcze bardziej.

My, ludzie, również świetnie przystosowaliśmy się do patriarchatu. Nie wybierzemy na prezydenta kobiety, bo – o zgrozo –, może ona przez przypadek publicznie okazać emocje. A przecież nauczono nas, że autorytet powinien być silny, niewzruszony i twardy. Te cechy są również uważane za synonim wartości. Doświadczona pielęgniarka wykona głupie polecenie młodego lekarza, kierując się autorytetem, a nie swoją wiedzą.

Kobiety na wyższych stanowiskach często muszą być bardziej męskie niż mężczyźni, żeby pokazać, że coś znaczą. Nie mogą pokazywać, że są kobiece i ubierać się kobieco, bo byłyby potraktowane niepoważnie i narażone na ocenę moralną – zarówno przez mężczyzn, jak i inne kobiety.

Wyobraźmy sobie takie sytuacje: w sejmie jest 50 % posłanek, które reprezentują faktyczną statystyczną ilość kobiet w państwie, w twoim zakładzie pracy pracuje dokładnie połowa kobiet i połowa mężczyzn, w kościołach – kobiety nie tylko myją podłogę, ale i przewodniczą, mówią kazania i prowadzą parafie.

Czy czujesz się swobodnie wyobrażając to sobie? Tak? To, na ile dziwne wydaje ci się używanie żeńskich końcówek zawodów? Czujesz się swobodnie, słysząc, że w studiu telewizyjnym pojawiła się gościni, a ministra przemawiała na posiedzeniu rządu? A jak mówisz o sobie i swoim zawodzie? W formie żeńskiej czy męskiej?

Język, z którym nie czujemy się swobodnie pokazuje jak „nienaturalne” wydają się nam rzeczy, które patriarchat ustalił jako normę.

Jest wiele kobiet nazywających siebie feministkami – jestem jedną z nich. Ale jest jeszcze więcej, które boją się tego słowa. Feministka to synonim walczącej harpii, babo-chłopa i krzyczącej histeryczki. Niewiele z nas się zastanawia, skąd się wziął ten obraz. Jeżeli rządzi jakaś większość, a na naszym świecie większością są pełnosprawni, biali, heteroseksualni, chrześcijańscy mężczyźni, to inne społeczności: kobiet, osób ciemnoskórych, homoseksualnych, niepełnosprawnych, innowierców czy ateistów, muszą używać bardzo dużo siły, żeby zaznaczyć swoją obecność. Muszą pokonywać ogromne przeszkody, aby być usłyszanym. Tak rodzą się terroryści. Musisz krzyczeć, podłożyć bombę lub zaszokować, żeby opinia publiczna zwróciła uwagę na twój przekaz. A i tak skazujesz się na wrogość, cynizm i śmieszność, a twój przekaz ginie wobec tej pomniejszającej lub odrzucającej ciebie reakcji innych. Dobrym przykładem jest teraz Greta i jej działalność dotycząca klimatu. Na patriarchalny świat nie można liczyć, bo on nie jest empatyczny, ani wrażliwy, nie zwróci uwagi na potrzeby innych. Musisz mu włożyć palec w oko, to może wtedy cię dostrzeże, a i tak popatrzy z góry i zinfantylizuje. Gdyby kobiety nie krzyczały, nie wychodziły na ulicę, nie używały języka siły, nadal nie miałybyśmy praw do własności, nie mogłybyśmy decydować o swoim losie ani się kształcić.

Jestem feministką, bo uznaję prawa kobiet, wartość „kobiecości” i chcę, by miała ona większy wpływ na nasz świat. Chcę równego decydowania i brania pod uwagę takich wartości, jak wrażliwość, empatia, zrozumienie i działanie dla dobra wspólnego.

Wszyscy jesteśmy Jednym. Powstaliśmy z tych samych pierwiastków, co rośliny, zwierzęta, gwiazdy. Stanowimy z nimi Jedno. Wszystko ma duszę, bo we wszystkim jest czynnik nazywany przez jednych Bogiem, przez innych Duchem, Świadomością, Naturą lub jeszcze inaczej. I to wszystko jest Jednym.

Dlaczego wciąż idealizujemy patriarchat z jego wywyższaniem Ego, Oddzielenia, Agresji i Posiadania? Bezmyślnie uznajemy te wartości. Nasza prawdziwa natura i nasze dusze buntują się już jednak na to.

Zacznijmy wreszcie szanować i uświęcać kobiecą energię, którą mają w sobie zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Zacznijmy oczyszczać się z dualności, podziałów, a zacznijmy współpracować, uczyć się od siebie. Patriarchat ma się dobrze zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn. Odcina obie płcie od tego, co mają najlepsze. Patriarchat to porządek społeczny, w którym obowiązują reguły, które nam nie służą. Ludzkość powoli się zmienia, ale nadal oddaje mu pokłony. Widzę przejawy tego u siebie, u innych i „walczę” z tym. Chcę większej świadomości, przywrócenia równowagi,  oczyszczenia się z przekonań wyssanych z mlekiem matki. Walczę, bo czuję w sobie tą złość, która mówi mi:, „ twoje granice są naruszane, twoje potrzeby nie są zaspokojone”. Złość jest dla mnie informacją i energią. Wykorzystuję ją i działam. Pracuję nad sobą i uświadamiam innych. Dla dobra wspólnego, po to byśmy szli ku jedności i pozbywali się niezdrowej rywalizacji, czy agresywnego wykluczania.

Czy czujesz, że na tym świecie masz takie same możliwości jak mężczyzna? Czy czujesz się tak samo bezpieczna, wychodząc z domu? Czy nadal masz szacunek innych, gdy okazujesz się słaba?

Jeżeli chcesz, żeby świat się zmienił – zacznij od siebie. Pracuj nad swoją świadomością, nad swoją wartością i odwagą do bycia sobą. Taką, jaką jesteś – kobiecą. Spotykaj się z innymi kobietami, wymieniaj doświadczeniami, dawaj świadectwo, że od kobiet można wiele dostać. Pokazuj i doświadczaj tego, że energia kobieca to niesamowita wartość, której brakuje Światu (i wielu kobietom). Potrzebujemy uświęcić kobiecość, żeby uzdrowić świat.