Po co nam związki? I co zrobić, by poczuć się w nich szczęśliwiej?

Po co nam związki? I co zrobić, by poczuć się w nich szczęśliwiej?

Temat ten jest ważny, bo dotyczy pewnie większości z nas i wydaje się trudny i łatwy zarazem. Na pytanie: Po co nam związki? -jest właściwie dość prosta odpowiedź. Żeby łatwiej zaspokajać swoje potrzeby.

Żaden człowiek nie jest samowystarczalny i potrzebuje innych osób, innych stworzeń do życia.

Przychodzimy na świat jako bezbronne niemowlęta potrzebujące opieki, potrzebujące kogoś, kto zaspokoi wszystkie nasze potrzeby: zadba o jedzenie, o to, żeby było nam wygodnie, ciepło.

Z czasem, dorastamy i zaczynami przejmować tą odpowiedzialność za siebie. Na pewno widziałaś/widziałeś jak cieszy się dziecko, jak może samodzielnie zjeść lub samodzielnie przemieścić się i nie potrzebuje do tego innych osób. Jaka to radość, że coś zależy ode mnie, że mogę o sobie zdecydować. To jest doświadczenie własnej MOCY. Dzieci naturalnie prą do samodzielności, bo jako ludzie lubimy mieć wpływ na siebie i swoje życie. Ta moc daje im większe możliwości do tego, żeby zadbać o siebie. Nie inaczej dzieje się w dorosłości. Lubimy swoją niezależność, chcemy mieć wpływ, żeby zaspokoić swoje potrzeby i dobrze się dzięki temu czuć.

Jednak nie wszystkie potrzeby jesteśmy w stanie zaspokoić samodzielnie, więc potrzebujemy do tego pomocy innych osób. Najlepszą i najprostszą strategią, która nam w tym pomaga są właśnie związki.

Oczywiście związki są różne: romantyczne, przyjacielskie, rodzinne, rodzicielskie. Niemniej jednak w każdy z nich wchodzimy z nadzieją, że druga osoba mając z nami więź, nie odmówi nam zaspokojenia naszych potrzeb. Oczywiście my również bierzemy na siebie to zobowiązanie. Więź powstaje z wielu wymian pomiędzy osobami, czy istotami (bo mam tu na myśli również zwierzęta). Jeśli dajemy i bierzemy w jakiejś relacji, to zazwyczaj, po jakimś czasie, stworzymy z tą osobą taka „karmiącą” więź.

A jak już mamy więź i doświadczenie wielu wymian z drugą osobą, to będziemy oczekiwać, że jak tego kogoś o coś poprosimy, to on nam TO da. I właściwie nie zależy to od tego, kto to jest: parter, przyjaciel, rodzic, dziecko czy zwierzak. Potrzebujemy, więc zwracamy się do tego drugiego i oczekujemy pozytywnej odpowiedzi.

I tu pojawia się pierwsze pytanie? Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy zapytać, czy osoba, którą o coś prosisz, spełnia twoja prośbę z radością? Czy sprawi jej przyjemność to, że wypełni twoja prośbę?

Może zdziwiło cię moje pytanie? Nigdy o tym, w taki sposób, nie myślałaś/myślałeś?

Czy prosząc innych o coś, nie oczekujemy, że nam dadzą i nawet nie zastanawiamy się, czy sprawi im to radość?

Przecież „dawanie” powinno cieszyć, inaczej nie jest dawaniem tylko poświęcaniem się, rezygnowaniem z siebie.

Pewnie jednak wszyscy mamy doświadczenie, że nie każde spełnienie czyjeś prośby rzeczywiście jest dla nas przyjemne. Ale dlaczego tak się dzieje?

Czasem robimy coś wbrew swojej woli, lub nie mając na to w tym momencie ochoty. Czy jesteśmy w tym momencie świadomi, co jednak sprawia, że to mimo wszystko robimy?

A ty kiedy ostatnio zrobiłaś/zrobiłeś coś dla kogoś, gdy cię o to poprosił, zrobiłaś/zrobiłeś to z radością? I czy sprawdziłaś/sprawdziłeś, czy masz ochotę na ofiarowanie drugiej osobie, tego, czego od ciebie chciała?

Czy w ogóle zadajesz sobie takie pytanie, zanim się zgodzisz?

Proponuję zatrzymaj się w tym momencie, weź kartkę, coś do pisania i zapisz swoją odpowiedź lub nagraj ją na dyktafonie. Może to być bardzo ważna refleksja na dzisiaj dla ciebie.

Powtórzę to pytanie: Czy sprawiło ci radość kiedy ostatnio zrobiłaś/zrobiłeś coś dla kogoś, gdy cię o to poprosił?

Czy spytałaś/spytałeś siebie czy masz ochotę, właśnie teraz, na zrobienie tego czegoś, dla tej osoby zanim wyraziłaś/wyraziłeś zgodę?

Co spowodowało, że się zgodziłaś/zgodziłeś?

Kolejne ważna pytanie: czy chcesz, żeby inni zaspokajali twoje potrzeby, ciesząc się tą możliwości ofiarowania ci tego, co potrzebujesz, czy też nie ma to dla ciebie znaczenia, bo najważniejszy jest efekt?

Żyjąc z kimś pod jednym dachem często oczekujemy zaspokajania naszych potrzeb przez partnera, nie prosząc go o to wcale. Po prostu, wymiana między partnerami wynika z przyzwyczajenia, podziału obowiązków czy pewnych powinności, które oboje względem siebie mają. Jeżeli nie żyjemy świadomie, to znaczy, że żyjemy automatycznie. Jak wtedy możemy doceniać to, co dostajemy od innych albo to, co dajemy drugiemu?

Raczej nie jest to możliwe.

Odbieramy więc sobie cos ważnego, co może pomagać nam doświadczać zadowolenia na co dzień.

Nie dziwmy się więc, że wspólne życie może nas bardzo frustrować.

Jeżeli nie zwracamy uwagi na to, co jest darem dla drugiej osoby lub od niej dla nas, tylko żyjemy powinnościami, obowiązkami, to powoli gorzkniejemy, popadamy w żądania i ich spełnianie i coraz bardziej tracimy miłość, szacunek do siebie i zadowolenie ze wspólnego życia…

Proponuję ci wyjście z tego koła, jeżeli w nie wpadłaś/wpadłeś.

Zacznij od tego, żeby sobie uświadomić:

Co wnosisz do twojego związku, rodziny na co dzień?

Co możesz docenić, z czego poczuć dumę z siebie, że pomagasz innym zaspokajać ich potrzeby?

Karmisz ich? Dbasz o to, by mieli co ubrać i by mieli czysto?

A może dajesz im swoja obecność, zapewniasz bezpieczeństwo finansowe?

Wysłuchujesz ich, pocieszasz, dajesz wsparcie? Dowartościowujesz ich okazując swoją wdzięczność za to co robią?

Okazujesz miłość, dajesz poczucie przynależności? A może jeszcze coś, czego nie wymieniłam?

Spisz teraz wszystko to, co dajesz swojemu związkowi, swojej rodzinie. I nie biegnij od razu z ta listą do partnera. Doceń to sam/sama i bądź z siebie dumna/dumny. Odrzuć wszelkie myśli krytyczne, które mogłyby ci w tym przeszkodzić i powodowałyby umniejszenie twoich zasług. Doceń to, jak dużo robisz dla innych a skoro tak się dzieje, to chyba masz ku temu powody. To dlaczego nie miałabyś/ nie miałbyś ucieszyć się z tego i robić te rzeczy z radością?

To jest twoja decyzja, to jest twój wybór. Tak wybierasz, bo masz ta moc. Uciesz się z tego i naprawdę to doceń.

A jeżeli przychodzi ci to z trudnością – to co mogło by ci w tym pomóc? Jakiej zmiany w swoim sposobie myślenie potrzebowałabyś/ potrzebowałbyś? Spisz swoje myśli teraz lub nagraj je na dyktafonie.

I tak już na zakończenie, zrobię małe podsumowanie:

Po co nam związki? Żebyśmy mogli liczyć na innych, że pomogą nam zaspokajać nasze potrzeby. Pomogą to magiczne słowo, bo oni nie są od tego. O tym powiem w kolejnym odcinku.

To w związkach czujemy, że jesteśmy kochani i kochamy, że przynależymy do kogoś i mamy korzenie, że nie jesteśmy sami, tylko jesteśmy częścią jakiejś większej wspólnoty.

Związki dają oparcie i poczucie bezpieczeństwa, że mamy na kogo liczyć nie tylko w trudnych momentach życia.

W bliskich związkach możemy dostać wysłuchanie, zrozumienie, wsparcie i dowartościowanie. Możemy dzielić się sobą i wymieniać emocjonalnie. Możemy realizować jeszcze wiele innych potrzeb, których tu nie wymieniłam.

Tylko czy wszystkie te potrzeby musimy realizować jedynie w partnerstwie, małżeństwie czy rodzinie?

Jakie to może mieć skutki, jeżeli będziemy mieć takie oczekiwania i próbować je w ten sposób zrealizować?

O tym będzie w następnym wpisie. Możesz też odsłuchać tego na Youtube w moim cyklu Poniedziałkowy kwadrans na refleksje o związkach.

Zapraszam cię do dzielenia się tam swoimi refleksjami, do zadawania mi pytań czy proponowania kolejnych tematów. Jeżeli chcesz skorzystać z mojego profesjonalnego wsparcia to zapraszam do kontaktu beata.kilian@onet.pl.

Zachęcam Cię również do wzięcia udziału w moich warsztatach online „Dobra komunikacja- kluczem do szczęścia w związku”.

Są one tak pomyślane, żeby wspierać w przekraczaniu własnych trudności i poprawianiu komfortu z życia z innymi.

Z intuicją przez życie – powrót do wewnętrznego domu

Z intuicją przez życie – powrót do wewnętrznego domu

„Potrzeba wysłuchania jest jedną z ważniejszych potrzeb człowieka.”

Kiedyś byłam na spotkaniu z nauczycielem duchowym, pewnym księdzem i usłyszałam właśnie to zdanie. Była to wówczas jedna z ważniejszych rzeczy w moim życiu, które poruszyły mną do głębi. Zrozumiałam, czego brakowało mi w moim dzieciństwie i za czym tęskniłam w życiu dorosłym.

Każde dziecko pragnie być wysłuchane, bo pragnie być zobaczone i przyjęte takim, jakim jest. I na tym właśnie polega bezwarunkowa miłość.

Niestety często ma się doświadczenia podobne do moich, że to nikogo nie obchodzi, kim i jaki jesteś, ponieważ otoczenie nastawione jest na to, żeby przerobić cię na kogoś, kim masz się stać. Oczywiście dla swojego dobra. Bo jak inaczej poradzisz sobie w społeczeństwie?

Tamten moment uświadomienia sobie mojego wielkiego deficytu, był jednym z przełomów mojego życia. Słuchanie stanęło w centrum mojego zainteresowania. Zaczęłam słuchać. Najpierw swoich myśli. Ale to był jakiś koszmar. Było ich tyle i tworzyły straszne napięcie. Nie do wytrzymania. Potem zrozumiałam, że uciekam od nich w różne działania. Żeby ich nie słyszeć. Żeby nie czuć się tak źle.

Postanowiłam, że może w takim razie zacznę słuchać innych. Oczywiście w dzieciństwie przeszłam trening słuchania innych i podporządkowywania się im. Nie musiałam więc przecież tego postanawiać. Po prostu to było łatwiejsze.

Ale słuchanie innych, to znaczy kogo? Przecież oni mówią różne rzeczy, przeważnie takie, jakie im pasują. Oceniali mnie przez pryzmat swoich potrzeb. Jestem zła, jak nie spełniam ich oczekiwań a dobra, ja im służę. Więc nie była to właściwa droga i wiedziałam to dokładnie.

Jak w takim razie słuchać siebie? I właściwie CZEGO słuchać w sobie?

Tak, to było trudne pytanie. I przeszłam długą drogę, żeby odkryć KOGO tak naprawdę mam słuchać.

Nauczyłam się obserwować swoje myśli i zbudowałam do nich zdrowy dystans.

„Nie jestem swoimi myślami” – stwierdziłam.

Zaczęłam wyrażać siebie nie tylko słowami, ale szukałam wciąż jakiejś formy, przez którą mogę wyciągnąć z głębi siebie coś, czego doświadczam, przeżywam i zobaczyć to w obrazie, słowie…

Ale doszłam do  wniosku, że: „Nie jestem również swoimi uczuciami.” One są ważne, dają mi pewien wgląd. Pomagają zrozumieć siebie. Ale to wciąż za mało.

To KIM jestem i KTO chce się wyrazić?

Nie wiem.

Nadal słucham, ale już inaczej.

Wiem, że jestem kimś, kto jest nieopisywalny. Bo każdy opis pomija coś, czego w opisie nie ma a we mnie i owszem. Ja jestem procesem, więc jak można mnie zamknąć w jakimś sformułowaniu?

Mam wiele aspektów, czasem kompletnych przeciwieństw. Bywam jakaś, ale w innym momencie mogę być zupełnie inna. Dla samej siebie jestem nieopisywalna, więc ciągle muszę wracać do słuchania siebie.

Odkryłam w sobie ten delikatny głos. Głos, który mówi do mnie nie używając dźwięków ani słów. Po prostu to wiem, co chce mi powiedzieć.

Jedni nazywają go intuicją, inni – głosem Boga, który mówi do człowieka w modlitwie czy snach.

Ja mu wierzę, choć czasem tak trudno mi go usłyszeć. Przebić się przez te wszystkie myśli, lęki, złości czy inne odczucia.

Ale wciąż wracam do niego, jak do domu.

Bo on wie.

On JEST…

Jeżeli doświadczyłaś podobnych rzeczy lub rezonuje z Tobą to, co napisałam zapraszam Cię do udziału w grupie
„Z intuicją przez życie – powrót do wewnętrznego domu”

Zapisz się już dzisiaj. Pójdź za głosem tęsknoty i daj się poprowadzić.

Zajęcia odbywają się online raz w miesiącu w czwartki w godzinach 18.30-20.30 lub stacjonarnie w Zurichu we wtorki

Koszt: 80 zł (dla Polek mieszkających w kraju) / 35 CHF (dla Polonii)

Czy to źle, że związki rozczarowują?

Czy to źle, że związki rozczarowują?

Kobiety od wieków żyją w przekonaniu, że rodzina jest podstawowym źródłem szczęścia, sensu i poczucia spełnienia. Wielu udaje się ją założyć, a nawet dobrze w niej się czuć. Ale nie wszystkim i nie przez cały czas.

Dbanie o innych nie jest altruizmem. Zwykle chcemy czegoś w zamian. Skoro my dajemy, to chcemy, by inni nam oddali. Często popełniamy ten błąd, że dajemy innym to, co same chciałybyśmy dostać i oczekujemy, że to zauważą i oddadzą nam tym samym. To taka gra: „Nie powiem, bo masz się domyślić, ale Ci pokażę”.

Nie robiłam badań statystycznych na ten temat, więc nie wiem, na ile jest to skuteczne, ale z mojego doświadczenia psychoterapeuty wiele wskazuje na to, że ta gra nie działa dobrze i coś w niej jednak szwankuje.

Skąd bierze się to oczekiwanie, że inni się domyślą i dadzą to, czego potrzebujemy. Widzę 3 podstawowe źródła:

  1. Proszenie o coś, naraża na zranienie. Prosząc, odsłaniamy się, pokazujemy naszą wrażliwość i potrzebę. Gdy zostajemy zignorowani – przeżywamy ból odrzucenia.
  2. Oczekiwanie, że ktoś się domyśli, to cofanie się do dzieciństwa i próba doświadczenia korekcyjnej sytuacji, że rodzic – czyli ten, który daje, kocha nas i ma mnóstwo empatii – będzie wiedzieć, czego potrzebujemy, i właśnie to nam da.
  3. Same nie wiemy, czego potrzebujemy, bo nie przeszłyśmy treningu, który by nam pomógł to zrozumieć. A dziś nie chcemy wykonać tego wysiłku, żeby sprawdzić i spytać siebie, bo to trudne i pracochłonne. Zrzucamy to na innych, bo tak łatwiej, i wracamy do punktu 2.

Wiele poradników, coachów i innych mentorów daje nam proste rady: „Chcesz być szczęśliwa – weź sprawy w swoje ręce. Chcesz czuć się spełniona – dopuść spełnienie do siebie”. Mają rację i w uproszczony sposób przekazują to, co rzeczywiście jest rozwiązaniem. Tylko dlaczego tak trudno to wprowadzić w życie?

Żeby siebie rozumieć i poznać, człowiek musi przyjąć tezę, że jest bardziej skomplikowany niż mu się wydaje. Trzeba zacząć zauważać w sobie różne złożoności, wewnętrzne osoby / podosobowości / aspekty. Jedną z nich jest tzw. Dziecko Wewnętrzne (dalej DZW). Często utrudnia nam ono wprowadzenie w życie wszystkich mądrych porad i zaleceń. To część w nas, która przeżywa emocje i chce, by były one dostrzeżone i zaopiekowane. Ale kto ma to zrobić? Oczywiście nasz Wewnętrzny Rodzic. Jeżeli go nie mamy albo działa on jedynie dla dobra innych osób (kiedy komuś matkujemy), to nasze DZW będzie szukać rodzica na zewnątrz – w partnerze, zamiast dorosłego, z którym można współpracować, zacznie doszukiwać się opiekuna, który zauważy nasze potrzeby, spełni je  i nie będzie oczekiwać niczego w zamian. Większość kobiet i mężczyzn to przechodzi, ale nie wszystkim udaje się z tego wyjść. Dlatego związki nas rozczarowują, frustrują i złoszczą. Ale czy to źle? Nie sądzę. To właśnie frustracja i rozczarowanie są bodźcem do naszego wewnętrznego wzrostu. Jeżeli jednak tego nie wiemy, to zatrzymujemy się na narzekaniu, zamiast zrozumieć potencjał, jaki stoi za tą sytuacją.

A może potrzebujemy nauczyć się zauważać i rozpoznawać własne potrzeby, obserwować siebie i swoje emocje. Nauczyć się korzystać z rozczarowania i dostrzegać w tym potencjał. Nie ma prostych recept. Trzeba włożyć w to wysiłek. Chcesz porozumiewać się w innym języku – musisz się go nauczyć. Chcesz być szczęśliwa i czuć się ze sobą dobrze niezależnie od okoliczności – musisz się siebie nauczyć. To piękna przygoda.

Siła Kobiet – siła do bycia sobą

Siła Kobiet – siła do bycia sobą

Żyjemy w świecie tzw.: porządku patriarchalnego. Oznacza to, że cechy zaliczane powszechnie do tzw. „kobiecych”, jak np.: empatia, wrażliwość, emocjonalność, kierowanie się intuicją i wiele innych, są oceniane jako gorsze i mniej cenione. Siła, którą ceni obecny świat, polega na tym, że nie zwraca się uwagi na emocjonalne i ludzkie koszty wytwarzania towarów, a jedynie na- koszty finansowe. Cała gospodarka opiera się na taniej sile roboczej, o którą nikt się nie troszczy, bo empatia nie jest w cenie. Kraje silne wyzyskują kraje słabe, rosnąc w siłę jeszcze bardziej.

My, ludzie, również świetnie przystosowaliśmy się do patriarchatu. Nie wybierzemy na prezydenta kobiety, bo – o zgrozo –, może ona przez przypadek publicznie okazać emocje. A przecież nauczono nas, że autorytet powinien być silny, niewzruszony i twardy. Te cechy są również uważane za synonim wartości. Doświadczona pielęgniarka wykona głupie polecenie młodego lekarza, kierując się autorytetem, a nie swoją wiedzą.

Kobiety na wyższych stanowiskach często muszą być bardziej męskie niż mężczyźni, żeby pokazać, że coś znaczą. Nie mogą pokazywać, że są kobiece i ubierać się kobieco, bo byłyby potraktowane niepoważnie i narażone na ocenę moralną – zarówno przez mężczyzn, jak i inne kobiety.

Wyobraźmy sobie takie sytuacje: w sejmie jest 50 % posłanek, które reprezentują faktyczną statystyczną ilość kobiet w państwie, w twoim zakładzie pracy pracuje dokładnie połowa kobiet i połowa mężczyzn, w kościołach – kobiety nie tylko myją podłogę, ale i przewodniczą, mówią kazania i prowadzą parafie.

Czy czujesz się swobodnie wyobrażając to sobie? Tak? To, na ile dziwne wydaje ci się używanie żeńskich końcówek zawodów? Czujesz się swobodnie, słysząc, że w studiu telewizyjnym pojawiła się gościni, a ministra przemawiała na posiedzeniu rządu? A jak mówisz o sobie i swoim zawodzie? W formie żeńskiej czy męskiej?

Język, z którym nie czujemy się swobodnie pokazuje jak „nienaturalne” wydają się nam rzeczy, które patriarchat ustalił jako normę.

Jest wiele kobiet nazywających siebie feministkami – jestem jedną z nich. Ale jest jeszcze więcej, które boją się tego słowa. Feministka to synonim walczącej harpii, babo-chłopa i krzyczącej histeryczki. Niewiele z nas się zastanawia, skąd się wziął ten obraz. Jeżeli rządzi jakaś większość, a na naszym świecie większością są pełnosprawni, biali, heteroseksualni, chrześcijańscy mężczyźni, to inne społeczności: kobiet, osób ciemnoskórych, homoseksualnych, niepełnosprawnych, innowierców czy ateistów, muszą używać bardzo dużo siły, żeby zaznaczyć swoją obecność. Muszą pokonywać ogromne przeszkody, aby być usłyszanym. Tak rodzą się terroryści. Musisz krzyczeć, podłożyć bombę lub zaszokować, żeby opinia publiczna zwróciła uwagę na twój przekaz. A i tak skazujesz się na wrogość, cynizm i śmieszność, a twój przekaz ginie wobec tej pomniejszającej lub odrzucającej ciebie reakcji innych. Dobrym przykładem jest teraz Greta i jej działalność dotycząca klimatu. Na patriarchalny świat nie można liczyć, bo on nie jest empatyczny, ani wrażliwy, nie zwróci uwagi na potrzeby innych. Musisz mu włożyć palec w oko, to może wtedy cię dostrzeże, a i tak popatrzy z góry i zinfantylizuje. Gdyby kobiety nie krzyczały, nie wychodziły na ulicę, nie używały języka siły, nadal nie miałybyśmy praw do własności, nie mogłybyśmy decydować o swoim losie ani się kształcić.

Jestem feministką, bo uznaję prawa kobiet, wartość „kobiecości” i chcę, by miała ona większy wpływ na nasz świat. Chcę równego decydowania i brania pod uwagę takich wartości, jak wrażliwość, empatia, zrozumienie i działanie dla dobra wspólnego.

Wszyscy jesteśmy Jednym. Powstaliśmy z tych samych pierwiastków, co rośliny, zwierzęta, gwiazdy. Stanowimy z nimi Jedno. Wszystko ma duszę, bo we wszystkim jest czynnik nazywany przez jednych Bogiem, przez innych Duchem, Świadomością, Naturą lub jeszcze inaczej. I to wszystko jest Jednym.

Dlaczego wciąż idealizujemy patriarchat z jego wywyższaniem Ego, Oddzielenia, Agresji i Posiadania? Bezmyślnie uznajemy te wartości. Nasza prawdziwa natura i nasze dusze buntują się już jednak na to.

Zacznijmy wreszcie szanować i uświęcać kobiecą energię, którą mają w sobie zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Zacznijmy oczyszczać się z dualności, podziałów, a zacznijmy współpracować, uczyć się od siebie. Patriarchat ma się dobrze zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn. Odcina obie płcie od tego, co mają najlepsze. Patriarchat to porządek społeczny, w którym obowiązują reguły, które nam nie służą. Ludzkość powoli się zmienia, ale nadal oddaje mu pokłony. Widzę przejawy tego u siebie, u innych i „walczę” z tym. Chcę większej świadomości, przywrócenia równowagi,  oczyszczenia się z przekonań wyssanych z mlekiem matki. Walczę, bo czuję w sobie tą złość, która mówi mi:, „ twoje granice są naruszane, twoje potrzeby nie są zaspokojone”. Złość jest dla mnie informacją i energią. Wykorzystuję ją i działam. Pracuję nad sobą i uświadamiam innych. Dla dobra wspólnego, po to byśmy szli ku jedności i pozbywali się niezdrowej rywalizacji, czy agresywnego wykluczania.

Czy czujesz, że na tym świecie masz takie same możliwości jak mężczyzna? Czy czujesz się tak samo bezpieczna, wychodząc z domu? Czy nadal masz szacunek innych, gdy okazujesz się słaba?

Jeżeli chcesz, żeby świat się zmienił – zacznij od siebie. Pracuj nad swoją świadomością, nad swoją wartością i odwagą do bycia sobą. Taką, jaką jesteś – kobiecą. Spotykaj się z innymi kobietami, wymieniaj doświadczeniami, dawaj świadectwo, że od kobiet można wiele dostać. Pokazuj i doświadczaj tego, że energia kobieca to niesamowita wartość, której brakuje Światu (i wielu kobietom). Potrzebujemy uświęcić kobiecość, żeby uzdrowić świat.

Odcinek 7: Czy przeczekiwanie jest najlepszą strategią na kwarantannę?

Odcinek 7: Czy przeczekiwanie jest najlepszą strategią na kwarantannę?

Dziś będzie kontynuacja tematu dotyczącego radzenia sobie z lękiem i jak się to ma do koronawirusa.
Nazywam się Beata Aniela Kilian i jestem psycholożką i psychoterapeutką. Od kilkunastu lat pracuję pomagając ludziom poradzić sobie z ich problemami.

Chcę przeprowadzić Cię dzisiaj przez pewien proces, proces zmiany percepcji. Spróbuj pójść za tym i zaufać mi, że otwartość na nowe jest tym, czego teraz najbardziej potrzebujesz, choć może ci się w tym momencie wydawać to dziwne. Może warto popracować nad świadomą zmianą, nad zmianą siebie. Bo zmiany mogą zachodzić albo niezależnie od nas i nas zaskakiwać albo być częścią naszego, własnego planu, który wdrażamy w życie.

Na czym więc możesz się oprzeć?

Na swojej możliwości decydowania i wyboru reakcji, na to co się wokół ciebie dzieje. Na umiejętności wspierania siebie i brania od innych.

Jeżeli tego nie umiesz…weź udział w jakichś zajęciach, które Cię tego nauczą. Jest teraz wiele opcji przez internet.

Oferuję Ci swój zindywidualizowany kurs: „Od lęku do wolności”, w którym przeprowadzę Cię przez zakamarki twojego myślenia i pomogę w zmianie perspektywy. Zmiana myślenia to zmiana samopoczucia i w konsekwencji -zmiana zachowań.
Możesz zmienić swoją nawykową reakcję i potraktować sytuację z koronawirusem i kwarantanną jako wyzwanie do rozwoju. Zapisy na kurs czy konsultacje ze mną przez stronę www.3wymiary.com